Lochslin–Mid Clyth (2 dzień)

Środa, 5 sierpnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria Szkocja 2009
Relacja Ani:
"Pobudka o 6 rano. Nasza koleżanka Agata świetnie sprawdziła się w roli budzika. Ta jakże niewdzięczna rola przypadła jej aż do końca wyprawy.

To był dopiero drugi dzień podróży, a ja miałam już potworny kryzys. Bolało mnie absolutnie wszystko, począwszy od butów, aż po czubek nosa. Jechało mi się znacznie ciężej, gdyż płaski teren przemienił się w kilkunastoprocentowe podjazdy, a piekące słońce również nas nie oszczędzało. Wtedy właśnie targały mną wątpliwości. „Co ja sobie myślałam wybierając się w taką podróż? Rozumiem, że cel był szczytny, ale nie wiem czy podołam.″ Reszta ekipy nie dawała tego po sobie poznać, ale podskórnie czuli, że gdyby nie wyższy cel, zwiedzić Szkocję, to wróciliby do Inverness.
Całe szczęście, że istnieje coś takiego jak „efekt górki″- tam gdzie jest podjazd, za chwilę będzie i zjazd. Te krótkie momenty sprawiały, że jazda stawała się przyjemniejsza, gdyż niesamowitą frajdą było zjeżdżać z dużej wysokości z zawrotną prędkością, czując tylko wiatr we włosach i świst w uszach. Szymon pobił nawet swój życiowy rekord prędkości. Pamiętam „banana″ na jego twarzy zaraz po zjeździe z długiej na milę górki. Szybko go jednak przełknął, gdy okazało się, że czeka go równie stromy i prawie tak samo wysoki podjazd, z jakim przyszło nam się zmierzyć zaraz po zjeździe. Później miał cały czas nadzieję, że uda mu się ponownie pobić dotychczasowy rekord.
Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża Morza Północnego szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy przyrządzić obiad. Doszliśmy do wniosku, że zielona trawka na środku ronda to idealne miejsce i do tego z widokiem na morze. Wielu mijającym nas podróżnym chyba nasz pomysł się spodobał i zaczęli do nas machać i robić zdjęcia. Jednak głód zwyciężył i nie zwracaliśmy na nich uwagi, tylko zajadaliśmy się przysmakami przywiezionymi jeszcze z Polski.

Po drodze mijaliśmy ruiny średniowiecznych zamków i zatrzymaliśmy się w Katedrze Dornach, w której to zauważyliśmy ciekawie wyglądającą mapę świata. Było do niej poprzyczepianych mnóstwo małych chorągiewek. Zorientowaliśmy się, że odwiedzający to miejsce turyści w ten sposób zaznaczają miejsca z których przybyli. My również pozostawiliśmy po sobie pamiątkę i przypięliśmy flagę w miejscu północnej Polski.
Ostateczny odpoczynek mieliśmy z widokiem na morze. Nie udało mi się niestety doczekać zachodu słońca, ponieważ zmęczona zasnęłam w namiocie."


Relacja Agaty:
"Pobudka o 6 ( ja robiłam za budzik). Teren był trochę pagórkowaty, ale mimo mozolnego podjazdu, zjazd rekompensuje wszystko. Lubimy dziwne i charakterystyczne miejsca, dlatego obiad mieliśmy na środku ronda ( na kółku zieleni :) .
Widzieliśmy pierwsze planowane zameczki (a częściej były to ruinki i to jeszcze prywatne). Piękny był Dunrobin Castle–biały zameczek, w którym książeczkę podstemplował mi sędziwy Szkot w kilcie :)
Ludzie są naprawdę bardzo otwarci. Chodzimy po wodę do restauracji albo do domów i nikt nam nie odmawia, każdy jest pomocny, uśmiecha się, czasem proponuje coś jeszcze. Trasa biegła wybrzeżem, więc widoki niezapomniane... i żadne zdjęcia nie oddadzą tego uroku– to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.... Owieczki, osiołki, krowy to nieodłączny element towarzyszący zielonym łąkom (ze specyficznymi murowanymi ogrodzeniami), pagórkom i górkom. Byliśmy też w przyjaznej turystom katedrze w Dornoch, gdzie wbiliśmy mała flagę na mapie świata w Polskę, jako znak że stamtąd pochodzimy ( nie było tam dużo Polaków)."

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa atome

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]